Długo przymierzaliśmy się do odwiedzin w jednej z meksykańskich restauracji w Warszawie – Dos Tacos. Jakoś tak się składało, że albo nie było czasu albo okazji, a do tego lokalizacja też jakoś taka dziwna jak na restaurację, nigdy nie było po drodze…, ale jednak nastał ten dzień. Na wizytę wybraliśmy tłusty czwartek, chcieliśmy przetestować smak meksykańskich churros (taki meksykański odpowiednich naszych pączków). Sami też przed tłustym czwartkiem przygotowaliśmy churros i bardzo nam smakowały.

Ale do rzeczy… dzień był akurat paskudny, śnieg sypał niemiłosiernie, gruby i gęsty. Było też bardzo mroźno ale jednoczęsnie bardzo ładnie:) Przebijaliśmy się przez zaspy jak ratrak pod Nosalem… nic nas nie mogło powstrzymać… nawet lokalizacja na piątym piętrze biurowca… Jedynem rozsądnym wytłumaczeniem na tę lokalizację jest chyba fakt, że w tym samym budynku mieści się Ambasada Meksyku. Gdy już dotarliśmy do Dos Tacos, przemarznięci i mokrzy, jedyne o czym myśleliśmy, to szybko się rozgrzać. Pomimo że nasze myśli były skierowane tylko na jedno… ChURROS, to jednak postanowiliśmy się przed słodkim szaleństwem rozgrzać czymś naprawdę gorącym. Przy wejściu przywitała nas uśmiechem bardzo miła pani. Od razu poprosiła o zajęcie miejsca i przyniosła kartę.

Z karty wybraliśmy to co wydawało nam się, rozgrzeje nas najszybciej (i nie było to nic alkoholowego :P), była to zupa Pozole – tradycyjna zupa meksykańska z trzema rodzajami wieprzowiny, białą kukurydzą, warzywami i oczywiście limonką (coś a’la nasz rosołek tylko z wieprzowiny). Nigdy wcześniej jej nie jedliśmy w takim wydaniu więc mogliśmy wpisać kolejne meksykańskie danie na listę. To musiało rozgrzać. Zamówiliśmy ale jednak chwilę na nią niestety poczekaliśmy… Myśleliśmy, że przy zupkach trochę szybciej to trwa, ale możliwe że trochę nam się dłużyło ponieważ jak to wcześniej pisaliśmy byliśmy bardzo zmarznięci i każda minuta mogła się nam rozciągnąć jak gumka w stringach:) Ale w końcu się doczekaliśmy. Warto było czekać. Miła pani przyniosła nam miseczki z zupą i miseczki z zieleninką. Wyjaśniła nam jak co się je i co do czego się dodaje, tak na wszelki wypadek gdyby ktoś nie widział. Za to wielki plus. Zupa była bardzo gorąca i czas oczekiwania został nam wynagrodzony. Jak dla nas troszkę mało soli i pieprzu. Możliwe, że było wystarczająco doprawione, ale nasze kubki smakowe są już troszkę przepalone od naszego gotowania, więc dla kogoś faktycznie mogło być pikantne, dla nas niekoniecznie. Ale po dodaniu przypraw zupa „ożyła” i zjedliśmy ze smakiem.
Po zupce w końcu zamówiliśmy Churros:) W końcu akcent tłustoczwartkowy. Churrosy były przepyszne, miękkie, puszyste i obsypane cukrem pudrem. Do tego oczywiście miseczka z płynną czekoladą do maczania cynamonowych pączków. Szkoda, że tak szybko się skończyły…..

W międzyczasie do stolika obok zosotało podane ciekawe i oryginalne danie. Była to ognista fajita z tequilą, wyglądała tak fajnie i wyjątkowo, że następnym razem na pewno spróbujemy.
Ogólnie na plus, a nawet duży plus, nawet ta niespotykana na restaurację lokalizacja nie ma znaczenia, na miejscu wyczuwa się super meksykański klimat.
Podsumowując
Ogólne wrażenia? Na duży plus, jedzenie bardzo smaczne, chociaż ciężko tak powiedzieć po dwóch potrawach, na pewno będziemy mogli się wypowiedzieć w tej kwestii lepiej, jak spróbujemy inne rzeczy. Możemy praktycznie tylko ocenić atmosferę w restauracji, smak zupy i churrosów. Churros połaskotało nam podniebienia na tyle, że kolejna wizyta murowana.
P.S. Przepraszamy za jakość zdjęć, mieliśmy tylko telefon pod ręką 🙂
Jeśli jesteście zainteresowani przepisem na churros to można również go znaleźć na naszej stronie.
PRZEPISY: