Barcelona to jedno z tych miast, gdzie jedzenie jest tak samo ważne jak zwiedzanie. Możesz godzinami krążyć między zabytkami, wchodzić na punkty widokowe, spacerować nad morzem i chłonąć klimat dzielnic, ale prędzej czy później i tak wylądujesz przy barze z tapas, w churrerii albo przy talerzu owoców morza. I bardzo dobrze, bo Barcelona naprawdę potrafi karmić. Poniżej zebraliśmy nasze sprawdzone miejscówki, w których jedliśmy naprawdę dobrze, bez nadęcia, bez turystycznych pułapek i z autentyczną radością z jedzenia. A więc gdzie dobrze zjeść w Barcelonie?

Warto dodać, że ten wybór nie jest dziełem przypadku. Zanim polecieliśmy do Barcelony, zrobiliśmy naprawdę solidny research. Podpytywaliśmy znajomych, którzy byli tu już wcześniej, zagadywaliśmy lokalsów na miejscu, przekopywaliśmy internet, blogi, rankingi i różne polecajki. Kilka miejsc powielało się w tych rekomendacjach raz za razem, niezależnie od źródła, dlatego finalnie wybraliśmy właśnie te, a nie inne. To taki miks własnej ciekawości, cudzych doświadczeń i zdrowego rozsądku, który w tym przypadku zadziałał idealnie. To wszystko sprawiło, że zamiast przypadkowej listy powstał przewodnik po tym, gdzie dobrze zjeść w Barcelonie naprawdę smacznie, uczciwie i bez turystycznych pułapek.
- TKO Tacos – meksykański akcent w sercu Barcelony
- Puertecillo Born – owoce morza bez nadęcia
- La Boqueria – warto zobaczyć, niekoniecznie jeść
- Mercado de Santa Caterina – bardziej lokalsowo
- Can Ramonet – paella i portowa historia
- Granja Dulcinea – klasyk z historią
- Xurreria Laietana – nasz „top of the top” w Barcelonie
- Xurreria San Román – nadziewane churrosy
- Masia de Sabor – mały lokal, wielkie churrosy
- Podsumowanie
TKO Tacos – meksykański akcent w sercu Barcelony
Adres: Carrer de Mallorca 349 (okolice Sagrada Familia) oraz inne lokale w centrum Barcelony
Zaczniemy nieco niehiszpańsko, ale bardzo w naszym stylu, bo od TKO Tacos. Nie będę udawał, że to prawdziwa kuchnia katalońska czy hiszpańska, ale kręcimy się w meksykańskich klimatach od lat, więc obok TKO nie mogliśmy przejść obojętnie. To mikro‑sieć taquerii, w samej Barcelonie działają trzy lokale pod tym szyldem, a kolejne znajdziecie chociażby w Walencji, gdzie jedliśmy wcześniej i było tak dobre, że do Barcelony weszliśmy już z pełnym zaufaniem do marki. I to zaufanie zostało dowiezione w stu procentach.
O TKO Tacos pisaliśmy już w tekscie: Kulinarnie po Hiszpanii – gdzie zjeść w Walencji i co odwiedzić?
Najbardziej kręci tu klimat street foodu w wydaniu bez napinki, wchodzisz, zamawiasz, jesz, popijasz margaritę i wracasz do zwiedzania, a w portfelu dalej coś zostaje. Tacos zaczynają się tu od około jednego euro (TAK! 1 EURO! – JEDEN EURO!) i to robi wrażenie, bo możesz zrobić sobie małą degustację kilku smaków bez żadnego bólu finansowego. Są mięsa typu al pastor, wołowina, kurczak, ryba i opcje wege, do tego świeże salsy, guacamole i quesadille, a margarity są naprawdę świetne, orzeźwiające i dobrze zbalansowane. Dla nas totalnym sztosem był lokal w okolicach Sagrada Familia, bo możesz zrobić sobie przerwę na tacos, a w tle masz widok na jedną z najbardziej ikonicznych budowli świata. To ten typ posiłku, który pamiętasz nie tylko smakiem, ale też miejscem w czasie.
Puertecillo Born – owoce morza bez nadęcia
Drugim absolutnym kulinarnym sztosem Barcelony okazało się Puertecillo Born. To jest to miejsce, po którym wracasz do Polski i mówisz, że serio, u nas w tej cenie to by cię co najwyżej powąchali. Puertecillo to sieć specjalizująca się w owocach morza, w Barcelonie mają kilka lokalizacji, między innymi w dzielnicy Born i przy Paral·lel, a koncept działania jest genialnie prosty i przez to totalnie uczciwy. Podchodzisz do lady wyłożonej lodem, na której leżą świeże krewetki, mule, kalmary, ryby dnia i ośmiornice, wskazujesz palcem to, na co masz ochotę, wybierasz sposób przygotowania i po chwili na stół wjeżdża półmisek świeżutkich dobroci.
My trafiliśmy do Puertecillo Born dosłownie dwie minuty po otwarciu, lokal był jeszcze pusty, więc mogliśmy na spokojnie pogadać z obsługą, wybrać rzeczy bez pośpiechu i delektować się jedzeniem bez presji tłumu. Atmosfera jest totalnie swojska, bez białych obrusów i bez zadęcia, można się pobrudzić, jeść rękami, mlaskać i oblizywać palce. Ośmiorniczki po galicyjsku były obłędne, mięciutkie, delikatne, idealnie doprawione, a nasza Tosia dosłownie je pochłaniała, choć jeśli chodzi o ośmiornice, jest naprawdę wymagająca. Jeśli ktoś chce rozpocząć przygodę z ośmiornicą, to Puertecillo jest idealnym miejscem na pierwszy raz, bo tu nie ma żadnych udziwnień, jest czysty smak i świetna jakość. I jeszcze jedno, w Polsce naprawdę nie ma szans zjeść takich owoców morza w takich cenach.
To jest dokładnie ten typ miejsca, które pokazuje, gdzie dobrze zjeść w Barcelonie, jeśli kochasz świeże owoce morza.
La Boqueria – warto zobaczyć, niekoniecznie jeść
Adres: La Rambla 91, Ciutat Vella
Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o La Boquerii, czyli najsłynniejszym targowisku Barcelony przy La Rambla. To miejsce warto zobaczyć dla klimatu, kolorów, zapachów, owoców, szynki wiszącej pod sufitem i stosów owoców morza na lodzie. Fajnie tu wpaść, zjeść szybką ostrygę na stojaka, spróbować jamónu albo przejść się z kawą w ręku, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że jest tu bardzo turystycznie i często drożej niż gdzie indziej. Da się tu zjeść, ale raczej nie będzie to najlepszy posiłek w Barcelonie. Dla mnie to miejsce na zobaczyć, przejść, spróbować jednej rzeczy i lecieć dalej.
Mercado de Santa Caterina – bardziej lokalsowo
Znacznie przyjemniejszą i bardziej lokalsową alternatywą jest Mercado de Santa Caterina. To targ po renowacji z charakterystycznym kolorowym dachem, gdzie oprócz stoisk z produktami znajdziesz też miejsca, w których można zjeść tapas i wypić wino. Jest tu spokojniej, mniej turystycznie i łatwiej poczuć, że to normalny rytm miasta, a nie atrakcja dla przyjezdnych. My trafiliśmy tam niestety w sobotę tuż przed zamknięciem, a w niedzielę cały targ był nieczynny, więc zostało nam tylko zrobić mentalną notatkę, że wrócimy tu następnym razem. I wrócimy na pewno.
Can Ramonet – paella i portowa historia
Kolejne miejsce to klasyk z portowym klimatem, czyli Can Ramonet w Barcelonecie. To jedna z najstarszych restauracji w tej dzielnicy, działająca od siedemdziesięciu lat. Z zewnątrz bywa niepozorna, ale po wejściu do środka od razu czujesz, że tu się je konkretnie. W oczy rzuca się mnóstwo lokalsów. Czuć zapach i klimat miejsca.
Zamówiliśmy paellę z owocami morza i była naprawdę świetna, aromatyczna, morska, z idealnie ugotowanym ryżem i solidną ilością krewetek, muli i kalmarów. Pewnie w Barcelonie da się zjeść jeszcze lepszą, gorszą albo podobną, ale tę możemy polecić z czystym sumieniem. Do tego wjechały pimientos de padrón, patatas bravas i zimne białe wino, czyli zestaw, który automatycznie robi dzień lepszym.
Na słodko:
Jeśli ktoś pyta nas, gdzie dobrze zjeść w Barcelonie coś na słodko, to odpowiedź brzmi: churros, czekolada i adresy typu Granja Dulcinea albo Xurreria Laietana.
Granja Dulcinea – klasyk z historią
Barcelona to też miasto słodkich przerw i świetnej kawy, więc nie mogło zabraknąć tematu churros. Jednym z najbardziej kultowych miejsc jest Granja Dulcinea przy ulicy Petritxol. To historyczna xocolateria działająca od 1941 roku i jedno z tych miejsc, które smakują jak stara Barcelona. Słynie z gęstej gorącej czekolady do maczania churros, z klasycznych churros oraz z lokalnego przysmaku melindros con xocolata a la suïssa, czyli biszkopcików maczanych w czekoladzie z bitą śmietaną. Gdziekolwiek nie wejdziesz do środka, zawsze jest gwar i mnóstwo ludzi, w tym masa lokalsów, co jest najlepszą możliwą rekomendacją. To nie jest instagramowa ustawka, tylko miejsce, do którego mieszkańcy Barcelony chodzą od pokoleń.
Xurreria Laietana – nasz „top of the top” w Barcelonie
Naszym numerem jeden na churros okazała się jednak Xurreria Laietana przy Via Laietana. To mała lokalna churreria, do której wchodzi się po jedną porcję, a wychodzi z myślą, czemu nie wzięło się od razu dwóch. Churros są tu chrupiące z zewnątrz, miękkie i puszyste w środku, idealnie tłuste w dobrym sensie, a czekolada gęsta i intensywna, dokładnie taka, jaka powinna być do maczania. Można zamówić również miks churros. Dla nas to najlepszy zestaw churros plus czekolada w całej Barcelonie.
Xurreria San Román – nadziewane churrosy
Dla porównania wpadliśmy też do Xurreria San Román niedaleko La Rambla, gdzie serwują między innymi nadziewane churros w kilku smakach. Mi osobiście bardziej leżą klasyczne wersje, więc te nadziewane podeszły mi mniej, choć nadal były dobre, ale Tosia była zachwycona i to ona zjadła większość. Jeśli ktoś chce spróbować czegoś bardziej deserowego niż tradycyjnego, to San Román jest ciekawym przystankiem.
Masia de Sabor – mały lokal, wielkie churrosy
Kolejną miejscówką z churrosami była Masia de Sabor, którą znaleźliśmy po ocenach w Google i która okazała się strzałem w dziesiątkę. Mały lokal w dzielnicy gotyckiej, nastawiony na słodkie rzeczy, gdzie churros są mięciutkie w środku i chrupiące z zewnątrz, dokładnie tak, jak powinny. Czekolada była u nas odrobinę słabsza niż w Xurreria Laietana, ale same churros to naprawdę topowa robota.
Podsumowanie
Barcelona to raj dla ludzi, którzy kochają jeść. Jeśli miałbym wskazać nasze topy gdzie dobrze zjeść w Barcelonie, to TKO Tacos za tanie i pyszne meksykańskie klimaty, Puertecillo Born za owoce morza bez nadęcia, Xurreria Laietana i Granja Dulcinea za churrosowy must‑visit oraz Can Ramonet za solidną paellę z historią. To są miejsca, do których sam wróciłbym bez wahania.




















































































