[LOKAL ZAMKNIĘTY] W końcu się udało odwiedzić lokal, do którego przymierzaliśmy się wielokrotnie będąc w Kielcach. Mimo że restauracja mieści przy głównej ulicy Sienkiewicza, jakoś tak zawsze nie było nam po drodze, a przechodziliśmy obok wielokrotnie. Pamiętamy jeszcze to miejsce jako VooDoo, później już po rewolucjach Magdy Gessler zmieniło się nie do (P)oznania – a wręcz do Ameryki 🙂 Miejsce przybrało nową nazwę American Home. Czy odkryto w Kielcach Amerykę? Czy lokal odnalazł się w gąszczu innych temu podobnych miejsc w tym 200 tysięcznym mieście?
Obecnie po VooDoo nie ma już praktycznie śladu, czas ówczesnego lokalu znikł bezpowrotnie. Pamiętamy jeszcze czasy, kiedy w kilka osób wybraliśmy się na „wieczorne spotkanie z przyjaciółmi” i przy dość pokaźnym zamówieniu poprosiliśmy o ketchup do frytek. Kosztowało nas to 5 zł za mikroskopijną miseczkę ketchupu rodem z PRL-u, kiedy zamiast pomidorów używało się farby olejnej, a zamiast miseczki zakrętek od słoików. To był straszny niewypał, aż przeszło nam przez myśl, aby skoczyć jakieś 100 metrów dalej do MCa po ketchup. Szczęście w nieszczęściu, że te czasy minęły bezpowrotnie 🙂
American Home vol. 1
Innym razem byliśmy ponownie z przyjaciółmi, już po szumnych rewolucjach, jakimi żyły całe Kielce. Wtedy to zamówiliśmy bliską naszym sercom i podniebieniom zupkę meksykańską. Czy była ona meksykańska? No tu rodzi się znak zapytania…, ponieważ ani w niej kolendry, ani kuminu i meksykańską zupę przypominała może trochę z koloru. Okazała się nawet smaczna, przynamniej dla nas 🙂 ponieważ zaserwowaliśmy ją sobie o podwyższonym stopniu ostrości. Kolega Bart zaszalał do tego stopnia, że poprosił o dodatkową ilość ostrego sosu (podobno robionego w lokalu). Chciał sprawdzić swoje granice wytrzymałości i określić granicę topliwości oczu wraz z podniebieniem. Zabawny moment, jak pani kelnerka przyniosła obdrapany z etykiety słoiczek (po chińskim sosie Hoi Sin) z brązowo-czerwono bliżej niekreśloną zawartością. Po zapachu można było już dojść do wniosku, że będzie „piekło 2 razy – na wejściu i wyjściu”. Trochę Bart przesadził i z rozmachem (co? Ja nie zjem? Jaaaa?) zaserwował sobie do zupki całą łyżkę stołową sosiku, żeby odrobinę wzbogacić poziom ostrości. Udało się, wzbogacił tak, że o mało talerz się nie spocił…
Po pierwszej łyżce zupy Bart zaniemówił, po kroplach na czole i przybieraniu na przemian barw czerwonych, fioletowych i zielonych zastanawialiśmy się czy nie potrzebna reanimacja…, ale jednak czkawka, jakiej dostał dała nadzieję na to, że jednak żyje i łapie powietrze 🙂 Nie wiemy, co to był za sos, ale to już zalatywało pod nienaturalne siły… kapsaicyna w dużym stężeniu 🙂 Doszedł do siebie, ale poznał swoje granice. Natomiast my swoje zupy zjedliśmy ze smakiem, lecz z dużym niedosytem smakowym, brak podstawowych składników meksykańskiej kuchni: kolendra i kumin…
American Home vol. 2
W sumie materiał z American Home zbieraliśmy na raty… Kolejna wizyta była dość szybka i spontaniczna. Spacerowaliśmy sobie po „Sienkiewce” łapiąc wakacyjną energię. Postanowiliśmy, że wejdziemy sobie na szybkie małe co nieco. Zasiedliśmy sobie wieczorową porą w ogródku przed lokalem i zamówiliśmy 3 małe hamburgerki plus frytki. Nie byliśmy aż tak bardzo głodni i na 2 porcje dużych hamburgerów nie mieliśmy ochoty – zbyt duża ilość.
Druga sprawa to dość spory wybór i nie wiedzieliśmy, na co się zdecydować. W karcie znaleźliśmy fajną pozycję LITTLE BROTHERS – 3 mini hamburgery na 3 różne sposoby: Wild deer, Firecow, American burger. Świetny pomysł, nie wiem czy to pomysł Magdy Gessler, czy właścicieli restauracji, ale naprawdę strzał w 10.

LITTLE BROTHERS – super pomysł.
Mieliśmy okazję spróbować różnych smaków mięsa zamawiając „jedno danie”.
Mięso smaczne, ale znów rzecz, do której czepiamy się praktycznie w każdej recenzji, nikt nie zapytał nas o stopień wysmażenia mięsa… tego brakło 🙂 Tak czy siak zjedliśmy ze smakiem i ruszyliśmy w dalszą drogę po Kielcach.
American Home vol. 3
Nasze trzecie podejście do American Home było już bardzo niedawno. Standardowo stolik, karta, kelnerka… i zmawiamy.

Na pierwszy ogień poszła zupka meksykańska – chcieliśmy sprawdzić czy coś się w niej zmieniło, czy ciągle tak mało meksykańska jak przy pierwszym podejściu. Okazało się, że zupki już nie ma… no to prosimy drugie meksykańskie danie – fajitas z kurczakiem… i tu znów zonk, kelnerka wróciła z kuchni i oznajmiła, że też nie ma, ale w zamian zaoferowała nam krewetki – (przemyślenia nasze: taki fajny prosty zamiennik… 2 razy droższy 🙂 ) Uśmiechnęliśmy się wymownie do siebie i zapytaliśmy czy jest jeszcze coś, czego w tej chwili nie mają? Pani z lekkim grymasem na twarzy oznajmiła, że tak, że nie ma jeszcze mięsa z jelenia… Teraz zastanawiamy się czy szukano jelenia na te krewetki? 😀
Dwa pierwsze strzały z karty i trafione 🙂 meksykańskich potraw brak! W sumie jesteśmy „gupiki – inaczej mówiąc gupie gupki” :), że takie rzeczy zamawiamy… to przecież American Home, a nie Mexico 🙂
Byliśmy skłonni już opuścić American Home, ale za punkt honoru wzięliśmy sobie napisanie recenzji i spróbowanie jeszcze czegoś innego. I tak zamiast zupy meksykańskiej przypadło nam zjeść krem z kukurydzy i hamburgera z frytkami.

Menu – dość spory wybór, ale jednak w rzeczywistości niektórych pozycji czasem brak.
Przed podaniem kremu i hamburgera przyniesiono nam trochę popcornu, żeby chyba „osłodzić” nam dość długi czas oczekiwania na jedzenie.

Popcorn skończył się błyskawicznie a jedzenia jak nie było tak nie było…, ale suma summarum w końcu się doczekaliśmy.

Krem z kukurydzy – mało apetycznie podany, ale bardzo smaczny.
Zupa krem z kukurydzy podawana z kleksem śmietany – i tu zaskoczenie smakiem, zupa bardzo smaczna, bardzo kremowa, bardzo kukurydziana i super słodka. Bardzo duży plus!

FIRECOW – Chyba z „ogniem” to on wiele wspólnego nie miał 🙂
Hamburger o dźwięcznej i oryginalnej nazwie FIRECOW – standardowy, smaczny, lekko – z naciskiem na lekko – pikantny, ale żeby był jakiś specjalny? Może jedynie bułka, była dobra i przypieczona. W składnikach jest również melon…, ale niewyczuwalny w smaku.
Podsumowując:
Mieliśmy kilka podejść – jedliśmy różne dania, przy trzecim podejściu nie zjedliśmy tego, co chcieliśmy i po co właściwie przyszliśmy, ale przez to zjedliśmy dwie inne całkiem dobre potrawy. Krem z kukurydzy to duże pozytywne zaskoczenie.
Szkoda, że nie mieliśmy okazji zjeść fajitas…, ale może kiedyś? Jak będzie? 🙂
Jednak najlepiej wspominamy druga wizytę, i mini hamburgerki LITTLE BROTHERS + frytki, porcja wystarczająca na małego głoda dla dwóch osób, którą można zjeść ze smakiem.
P.S. Bart żyje, mówi i tyłek podobno ma cały 😀
Jak to bylo jeszcze Voodoo to mieli pyszny Luizjana Cheessburger.
Byl pyszny, wspanialy.
A po rewolucjach spiepszyli wszystko. Burgery sa mniejsze, drozsze i za malo sosiwa.
Do tego ten wystruj z cerata na stole jak w cepeli albo barze mlecznym.
No i czas oczekiwania prawie godzina.
Jezeli tak wygladaja wszystkie kuchenne rewolucje to nie dziwie sie, ze lokale padaja a ludzie wola Mcdonalds’s i Burger King. Tam chociaz dobre jedzenie daja.
Po tym naszym wpisie byliśmy jeszcze kilka razy. Niestety rozczarowanie.
Nie wiem jak kiedyś, ale teraz w karcie jest napisane, że burgery podają średnio wysmażone. Ogólnie byłam 3 razy, cesar nie smakował ze względu na to, że nie lubię anchois. Hamburgery bardzo dobre, szczególnie ten z jelenia. Teraz zamiast z homara za 99 zł pojawił się z mięsem z krokodyla za bodajże 50. Podobno schodzi. 🙂