Wólka Kosowska zawsze kojarzyła nam się z chińskim centrum zakupowym i małym azjatyckim miasteczkiem. Do czasu, aż pewnego dnia zajechaliśmy tam w kilkoma bloggerami na „śniadanie” 🙂 I co nas spotkało? Szczerze? Dość odważne smaki, bardzo urozmaicone jedzenie, którego zwyczajnie bez przewodnika się tam nie uświadczy. Większość osób kuchnię azjatycką kojarzy ze zwykłymi budkami, to z lepszej, to z gorszej, a czasem nawet wątpliwej jakości jedzeniem. Możliwe, że gdybyśmy trafili tam sami, bez zorganizowanego wypadu (dzięki Pyza) to byłoby podobnie, choć Wólka Kosowska słynie z tej lepszej strony jedzenia. Będąc z przewodnikiem, wiadomo gdzie iść bez błądzenia, aby spróbować tę prawdziwą kuchnię Wietnamską.Tym sposobem mieliśmy okazję popróbować dań „spod lady”, czyli takich, których zwyczajnie na co dzień zwykły Polak nie uświadczy. Dania bardzo odważne, niektóre o godzinie ósmej jednak zbyt odważne 😀
Daliśmy radę, nie ma pierdu srerdu, trza być twardym a nie mięktkim.
To był dość upalny dzień, godzina ósma, mały lokalik Dung Hong w Wólce Kosowskiej, pusty żołądek i my bloggerzy. Już samo wejście do lokalu było bardzo dużym zdziwieniem. Nie, nie dla nas, a dla Wietnamczyka przyjmującego zamówienie. Wcześniej został uprzedzony, że przyjdzie grupa ludzi, natomiast nie spodziewał się, że będą to Polacy. Miał się przygotować na smaki, których zwyczajnie nie podaje. No i się przygotował. Stało się, został przyparty do ściany i był zmuszony do „wydawki”.

Co takiego wjechało na nasz stół pokryty obrusem z gumowej ceraty?
Na start wskoczył talerz z różnościami i „podrobami” 🙂 Wszystko gotowane i parzone. Począwszy od „Doi” jelit cienkich, grubych, przełyków, wątróbki, ozorków, żołądków, wątróbki i kaszanki, a na jajowodach skończywszy. Smaki naprawdę oryginalne, jak już wspomniałem, na śniadanie może trochę zbyt mocne, w szczególności rzeczy, które były odrobinę łykowate i odrobinę gumowate, ale nawet smaczne. Z jednej rzeczy byliśmy bardzo zadowoleni. Jak się dowiedzieliśmy od przewodnika, jelita, które dostaliśmy były czyste i wypłukane. W samym Wietnamie zdarza się, że jelita można dostać z tak zwanym „mleczkiem” czyli zwyczajnie z zawartością. Nie traci się czasu na ich płukanie 😀 Po co? Nic się nie marnuje 😀


Były też różne inne smaki ze środka świnki – smażone jelita grube i smażona kaszanka z podrobami. Kaszanka mega dobra. Jednak smażone to smażone. Chrupiące i dobrze doprawione.




Do tego sos z kiszonych krewetek. Mega odważny smak i zapach 😀 Ale powiem Wam szczerze… bardzo dobrze to wszystko razem współgrało. Zadziwiające, normalnie byłbym daleki od takich smaków, natomiast wszystko razem świetnie do siebie pasowało.

Jak śniadanie to musi być kleik 😀 To kolejna rzecz jaką mieliśmy przyjemność jeść. Kleik z krwią i podrobami chao long. Ciekawa konsystencja i smak. Naprawdę smaczne 🙂


Kuchnia wietnamska to nie tylko wieprzowina, to również kozina. W tym wypadku była to kozina gotowana na krwi. Szczerze? Mięso naprawdę mega fajne i dobre! Świetnie dobrawione i miękkie, wręcz rozpływające się. Tego powinien spróbować każdy.

Na koniec zostało popite mrożoną, obłędną kawą ca phe sua da. Jak już wspomnieliśmy było dość gorąco tego dnia i po takim jedzeniu w taki dzień było to mega zbawienne. Lodowata, mocna z dodatkiem mleka skondensowanego. Dla samej kawy warto się udać do Wólki Kosowskiej.


Na koniec poprawiliśmy jeszcze wszystko w sąsiednim lokalu klasyczną wietnamską kanapką banh mi thap cam, z jajkiem sadzonym, a bardziej omletem, pasztetem i jakże bliska naszym kubkom smakowym kolendrą. Kolendry były naprawdę mega duże ilość… uwielbiamy 😀

Na koniec świetny deser, dość słodki ale pyszny che thap cam, a w nim galaretki, perły tapioki, pudding z fasoli mung, czerwona fasola, mleko kokosowe, lód.

Jak widzicie dania bardzo urozmaicone, w większości opierające się na podrobach. To dowodzi, że w Wietnamie nic a nic się nie marnuje. Generalnie i Polska słynie ze świetnych podrobów, aczkolwiek wydanie naszych (nasza zwykła kaszanka, czernina na krwi, flaczki itd…) diametralnie się różni. Wszystko jednak zależy od sposobu przygotowania, podania i użytych przepraw. Jeśli chcecie spróbować prawdziwej wietnamskiej kuchni, to śmiało możecie próbować w Wólce Kosowskiej. Miejsce jakże bliżej Warszawy niż Hanoi, a smakowo nie różniące się nic a nic 🙂 Będąc tam, zawsze szukajcie czy nie dysponują dwoma kartami. Jeśli zobaczą „inny kolor skóry”, zawsze podrzucą kartę, w której takich smaków nie uświadczycie. Jeśli zaś uda wam się jakimś cudem dostać kartę wietnamską, musicie się liczyć z tym, że trzeba będzie rozwikłać sprawę z odczytaniem ichniejszego pisma 😀 Tak więc, albo znajomość dobrego przewodnik, albo znajomość języka wietnamskiego… tyle 😀
Dzięki za fajny poranek:
Krytyka Kulinarna / Magiczny Składnik / Plate of Joy / Pyza Made in Poland